Monika Szufladowicz o „Klubie”

02.09.2021.

fot. Bartek Warzecha

Czym jest dla Ciebie spektakl „Klub”?

Początkowo był ciekawym eksperymentem, ale bardzo szybko przekształcił się w coś znacznie ważniejszego. Był to moment w którym aktorskie ego ustąpiło miejsca wyższej idei, w którą głęboko wierzę. Ten spektakl nie jest tylko głosem w dyskusji, ale przede wszystkim zdemaskowaniem złożonych mechanizmów jakie funkcjonują w przypadku przemocy i molestowania. Klub porusza problem nie tylko indywidualnych tragedii będących wynikiem nadużyć, ale również obrazuje jak krzywdzące są lekkomyślne reakcje i oceny społeczeństwa. Ukazuje jak cienka i trudna do zdefiniowania jest granica jednostki i jak łatwo ją przekroczyć. Ta kwestia stała się dla mnie kluczową i najistotniejszą rzeczą w tym przedstawieniu, czyniąc je przedsięwzięciem znacznie ważniejszym aniżeli tylko kolejnym spektaklem w teatrze. Często po przedstawieniu podchodzą do nas kobiety w różnym wieku dzieląc się osobistymi doświadczeniami. Najbardziej jednak poruszającą dla mnie rzeczą jest to, iż wiele z nich przyznaje, że dopiero w trakcie spektaklu zdały sobie sprawę, że i one doświadczały przekroczeń lub molestowania – nie umiejąc wcześniej tego nazwać.

Klub jest dla mnie zdefiniowaniem tych mechanizmów, głośnym postawieniem granic, a co za tym idzie – siłą.

Dlaczego wzięłaś udział w tym przedstawieniu?

Wszystko zaczęło się od tego, że wraz z koleżankami z roku stwierdziłyśmy, iż chcemy grać, grać i jeszcze więcej grać. I że zamiast czekać z założonymi rękami na okazję – lepiej ją po prostu stworzyć. Kobiece role w teatrze są w większości bardzo schematyczne, płytkie i jest ich stosunkowo mało. Dostrzegając ten problem postanowiłyśmy, że chcemy stworzyć projekt, który przełamie tę tendencję, pracować nad interesującą nas problematyką i robić to na własnych warunkach. Na tej drodze trafiłyśmy na Weronikę Szczawińską, która zaproponowała nam innowacyjny model współpracy, który okazał się strzałem w dziesiątkę i dokładnie tym, do czego dążyłyśmy.

Jak definiujesz to przedstawienie w kontekście zmian jakie zachodzą w polskim teatrze?


 Zarówno to przedstawienie, jak i cały ruch #meetoo, który przez ostatnie miesiące możemy zaobserwować w polskim świecie teatralnym – są zalążkiem rewolucji. Jednak nazwanie problemu i mówienie o nim głośno, to tylko początek drogi. By zmiany, o których mowa mogły zajść na dobre, musi minąć wiele lat, ponieważ mówimy o przemodelowaniu sposobu myślenia dużej grupy ludzi. Ludzi, którzy przyjęli pewien model pracy – nie dopuszczając możliwości wypróbowania innych. I że te „inne” wcale nie są dla nikogo zagrożeniem. Jednocześnie początki są najtrudniejsze, bo narażone na najsilniejszą i najbardziej agresywną krytykę. To przedstawienie jest dla mnie jednym z pierwszych kroków w stronę zmiany demontującej mur zmowy milczenia okalający polski świat teatralny.

Co było dla Ciebie największym wyzwaniem w pracy przy tym spektaklu?

Pozbywanie się z ciała emocji nagromadzonych podczas części performatywnej.

Poza działalnością aktorską zajmuje się również performancem. Dotychczas starałam się nie łączyć tych dziedzin. Były one z dwóch przeciwstawnych dla mnie porządków. Performance nie ma teatralnego buforu bezpieczeństwa, ale nie ma też (wymagającej fizycznie w tym przypadku) teatralnej powtarzalności.

Marina Abramović zarysowała te różnice w dosyć skrajny, ale wyrazisty sposób: „Teatr jest fałszywy… Nóż nie jest prawdziwy, krew nie jest prawdziwa i emocje nie są prawdziwe. Performance jest przeciwieństwem: nóż jest prawdziwy, krew jest prawdziwa i emocje są prawdziwe”.  Mówiąc w wielkim uproszczeniu: teatr jest miejscem, w którym widz oczekuje, że aktor będzie odgrywał daną rolę, za którą niejako może się schować. Performance to przestrzeń, w której widz obserwuje działania 1:1 na ciele i prywatnych emocjach performera. Przy okazji „Klubu” postanowiłam przełamać tę zasadę i zobaczyć, co wyjdzie z takiego połączenia.

W przypadku akcji performatywnych bardziej ingerujących w ciało, pojawia się problem wyrzucenia tych nagromadzonych napięć i powrót do równowagi, która umożliwia dalszą pracę. Dzieje się tak ponieważ pomimo, iż „głowa wie”, że te emocje są tylko częścią pracy, to z ciałem sytuacja ma się zupełnie inaczej. Wszystkie napięcia które pojawiają się w ciele stają się jego integralną częścią i są automatycznie zamieniane na emocje, które rezonują później w życiu prywatnym.

Dlatego też najtrudniejszą rzeczą dla mnie było znalezienie drogi i stworzenie metody szybkiego pozbycia się tych napięć i emocji z ciała, by funkcjonować normalnie i każdego następnego dnia prób móc wchodzić w ten stan ponownie. Udało się to dzięki pomocy Dobrawy Borkały i niesamowicie dbającej o higienę pracy – Weroniki Szczawińskiej.



Czego nowego dowiedziałaś się o sobie podczas pracy nad tym spektaklem?

Przede wszystkim stałam się bardziej świadoma własnych granic. Zarysowałam je sama przed sobą znacznie grubszą kreską i nauczyłam się przyjemności z ich respektowania. Ciekawym aspektem również, który wyklarował się podczas tego procesu, a którego wcześniej nie doświadczyłam – to praca tylko w damskiej energetyce i siła z tego płynąca. To zupełnie inna dynamika, której musiałam się nauczyć, ale dzięki której jednocześnie pojawiły się nowe i ciekawe dla mnie przestrzenie.  

Więcej o spektaklu Kup bilet

Przeczytaj, co o „Klubie” mówią…

Maria Kozłowska
Bernadetta Statkiewicz
Adrianna Malecka
Magdalena Sildatk
… Julia Borkowska
Helena Urbańska