Rzeczywistość stała się groteskowa – rozmowa z reżyserem Radu Jude

Tworzenie satyry stało się dziś niezwykle trudne, ponieważ życie polityczne i publiczne jest już tak groteskowe, że w pewnym sensie zawiera własną karykaturę – mówi Radu Jude, który właśnie zakończył zdjęcia do projektu z pogranicza filmu i teatru, realizowanego w TR Warszawa.

 
Na pierwszej próbie powiedziałeś, że w projekcie, który przygotowujesz w TR Warszawa, interesuje cię przekraczanie granic między filmem a teatrem. Co teatr może wnieść do filmu i odwrotnie?

Istnieje wiele sposobów tworzenia filmów i spektakli. Jednym z nich jest podążanie za specyfiką właściwego im języka artystycznego. Można jednak obrać inną drogę — pozwolić obu dziedzinom przenikać się i tworzyć ciekawy miks. Interesuje mnie sytuacja, kiedy spotkanie filmu i teatru, może zaowocować nowymi pomysłami i formami oraz wzbogacić środki wyrazu obu tych sztuk.

Zajmuję się trochę reżyserią teatralną – nie wiem, z jakim skutkiem – i bardzo pasjonuję się dramatem. Uważam, że teatr może być bardzo inspirujący dla filmowców – mam na myśli zarówno zasady dramaturgii, jak i swobodę, którą posiada jako medium. Kino w większym stopniu pozostaje związane z realizmem wizualnym. Nawet jeśli mamy film science fiction, twórcy starają się, by statek kosmiczny wyglądał jak najbardziej realistycznie. W teatrze wystarczy powiedzieć: „jesteśmy na statku kosmicznym” by widzowie mogli to sobie wyobrazić. Myślę, że ten rodzaj jasno zdefiniowanej konwencji, jaką operuje teatr, jest czymś, co kino mogłoby wykorzystać.

Nie jestem natomiast pewien, czy teatr zyskuje kiedy czerpie z kina. Lubię, kiedy teatr jest teatralny. Mniej interesują mnie spektakle, w których aktorzy grają w sposób charakterystyczny dla filmu, a inscenizacje naśladują kinową estetykę. Lubię, kiedy teatr znajduje swój własny sposób wyrażania rzeczy. 

Co będzie teatralnego w waszym projekcie? 

Przede wszystkim sam punkt wyjścia: teksty dramatyczne inspirowane dramoletkami Thomasa Bernharda, przekształcone przez dramaturga Mateusza Górniaka tak, aby znalazły odzwierciedlenie w polskich realiach.

Drugi element – który bardzo mi odpowiada i który wykorzystuję także w niektórych swoich filmach – to rezygnacja z dopracowanej, realistycznej scenografii i kostiumów. W tym projekcie zależy mi na zgłębianiu tekstu: na tym, by aktorzy odkrywali jego kolejne znaczenia i poszukiwali różnych możliwości interpretacji.

Elementy, które wymieniłem, są charakterystyczne dla teatru. Jednocześnie jednak sceny będą rejestrowane kamerą, a mise-en-scène, czyli sposób ich inscenizowania, zostanie podporządkowany specyfice tego medium, co nada całości bardziej filmowy charakter. W niektórych przypadkach gra aktorska będzie bardziej filmowa, w innych teatralna, ale wszystko zostanie zarejestrowane na taśmie filmowej. Myślę, że będzie to rodzaj spotkania w pół drogi i mam nadzieję, że wyniknie z niego coś nieoczywistego.

Co daje ci ta praca?

Ma ona dla mnie jedną bardzo ważną zaletę: możliwość spotkania z innymi ludźmi, wspaniałymi artystami i wzajemnego czerpania od siebie inspiracji. Samo przebywanie w tej przestrzeni, wspólne próby, słuchanie brzmienia języka polskiego – który jest piękny – to dla mnie bardzo wzbogacający proces, nawet ważniejszy niż sam projekt. Jak zauważył Godard, Nouvelle Vague mogła zaistnieć jako wielki ruch we francuskim kinie dlatego, że trzy lub cztery osoby, które ją tworzyły wspólnie omawiały problemy, wymieniały poglądy i dyskutowały o interesujących je sprawach. Myślę, że w dzisiejszym świecie, przy naszym bardzo odizolowanym sposobie pracy, polegającym na realizacji projektu, a potem przejściu do kolejnego, brakuje czasu i okazji do interakcji i dyskusji o sztuce z innymi artystami. Zdaję sobie sprawę, że sam od lat tego nie doświadczałem, a jeśli nawet, to wyłącznie podczas pracy nad własnymi projektami. 

Co się stanie kiedy już nakręcicie wszystkie sceny? Jakie będą kolejne kroki i kiedy możemy spodziewać się ostatecznych rezultatów?

Z materiału nagranego podczas naszych warsztatów powstanie film. Będę go montował w domu, potem obejrzymy go razem i zobaczymy jaki jest efekt eksperymentu – jak działa spotkanie obu języków: kina i teatru. Jeszcze nie wiemy w jakiej formie zostanie zaprezentowany: czy widzowie obejrzą film w kinie, czy będzie on częścią spektaklu teatralnego. Mam nadzieję, że uda się go zaprezentować na festiwalach filmowych.

Wiele twoich filmów dotyka relacji między Wschodem a Zachodem. W Polsce często mówi się, że twoje filmy z łatwością mogłyby rozgrywać się tutaj. Jak wygląda praca nad scenariuszem mocno osadzonym w polskiej rzeczywistości?

Wierzę, że z lokalnych tematów, może wyłonić się coś uniwersalnego. Czuję się zaszczycony, gdy słyszę, że w Polsce mówią: „no wiesz, kręcisz rumuńskie filmy, ale można je odnieść do polskich realiów”. Uważam bowiem, że każdy film powinien przemawiać do możliwie szerokiej publiczności, nie tracąc jednak swojego specyficznego charakteru. Krótko mówiąc: zaczynam od tego, co konkretne, by dotrzeć do tego, co bardziej ogólne.

Dlatego właśnie Mateusz Górniak napisał dla naszego projektu scenariusz pełen polskich odniesień. A ja starałem się sprawić, żeby stały się one bardziej zrozumiałe dla szerszej publiczności.

Uważam, że najgorszym sposobem na osiągnięcie uniwersalności jest usuwanie lokalnych szczegółów. Właśnie dlatego staram się pozostawiać aktorom jak najwięcej swobody. Często sami proponują pomysły i odniesienia, które pozwalają zachować specyfikę polskiej rzeczywistości — nawet jeśli nie wszystkie będą w pełni zrozumiałe dla widzów spoza Polski.

Dlaczego jako punkt wyjścia wybraliście Bernharda, co jego dramoletki mówią nam o współczesnym świecie, o Europie? 

Krótkie utwory dramatyczne nie są gatunkiem obecnie zbyt dobrze eksplorowanym w teatrze. Tymczasem rodzaj humoru, jaki się w nich pojawia, i jaki charakteryzuje Bernharda – bardzo wyrafinowany, specyficzny, inteligentny – w dzisiejszych czasach zanika, często z powodu poprawności politycznej, a czasem także chociażby za sprawą postępującej faszyzacji, która sprawia, że sama rzeczywistość staje się groteskowa. Świetny przykład to Donald Trump, który jawi się jako postać wyjęta z utworów Bernharda.

Trudno dziś wymyślić w literaturze czy dramacie coś bardziej absurdalnego niż to, co wytwarza rzeczywistość oglądana w telewizji, mediach społecznościowych i otaczających nas obrazach. Tworzenie satyry stało się dziś niezwykle trudne, ponieważ życie polityczne i publiczne jest już tak groteskowe, że w pewnym sensie zawiera własną karykaturę.

Bernhard pokazał jednak, że groteskę można popchnąć jeszcze dalej – do granic, które pozwalają spojrzeć na rzeczywistość z nowej perspektywy. Wciąż można więc znaleźć sposób, aby ją opisać i poddać krytyce. Sam nie przepadam za bezpośrednim krytykowaniem, ponieważ uważam, że bywa ono ograniczające. U Bernharda krytyka dokonuje się poprzez karykaturę: przenikliwą, inteligentną i głęboką.

Sądzę, że cała jego twórczość – zarówno powieści, jak i dramaty – pozostaje niezwykle aktualna. Stwierdzenie, że każdy wielki pisarz jest ponadczasowy, brzmi oczywiście jak banał; mówi się tak o Szekspirze i wielu innych autorach. Mam jednak wrażenie, że Bernhard jest nie tyle autorem naszych czasów, ile pisarzem przyszłości..

Przewijanie do góry